18.03.1962 - Górnik Zabrze - ŁKS Łódź 4:2

Z WikiGórnik
Wersja 23 (dyskusja | edycje) z dnia 19:03, 9 lis 2013

(różn.) ← poprzednia wersja | przejdź do aktualnej wersji (różn.) | następna wersja → (różn.)
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
18 marca 1962
1. liga 1962, 2. kolejka
Górnik Zabrze 4:2 (3:1) ŁKS Łódź Zabrze, stadion Górnika
Sędzia: Stanisław Lazarowicz (Poznań)
Widzów: 10 000
Herb.gif HerbLKSLodz.gif
Wilczek 7
Wilczek 14
Kowalski 20


Pol 87 k
1:0
2:0
3:0
3:1
3:2
4:2



Walczak 32 k
Kowalec 56
Hubert Kostka
Stefan Florenski
Stanisław Oślizło
Edward Olszówka
Jan Kowalski
Edward Jankowski
Joachim Czok (46. Zygfryd Szołtysik)
Erwin Wilczek
Jerzy Musiałek
Ernest Pol
Roman Lentner
SKŁADY Ligocki (25. Horn)
Walczak
Kowalski
Gutowski
Jańczyk
Suski
Maślanka
Sas
Szymborski
Wieteski
Kowalec
Trener: Augustyn Dziwisz

Relacja

Sport

Rezerwowy Horn zahipnotyzował kwartet zabrzan

ZABRZE. Pierwszy tegoroczny występ mistrza Polski przed własną publicznością nie wypadł imponująco. Górnicy powiększyli co prawda swój dorobek o dalsze dwa punkty, ale jak zwykle w meczach z ŁKS-em, musieli na nie ciężko pracować. Łodzianie bowiem nie wykazali żadnego respektu przed kanonierami z Zabrza, a nawet były okresy, w których kibice Górnika drżeli o końcowy wynik. Mamy tu na myśli 30 minut po przerwie, kiedy to wybici zupełnie z uderzenia Gospodarze nie umieli przeprowadzić żadnej skoordynowanej akcji i musieli się zażarcie bronić przed falowymi atakami przeciwnika, dążącego za wszelką cenę do wyrównania.

TAKI BYŁ POCZĄTEK...

Początek spotkania nie zapowiadał takiego obrotu sprawy. Wydawało się. że zabrzanie definitywnie zdołali się wyleczyć z „kompleksu ŁKS-u. Od pierwszego gwizdka arbitra rozpoczęli bowiem prawdziwe oblężenie świątyni Ligockiego. Piłka, wybijana przez defensorów z Łodzi rzadko przekraczała środkową linię boiska. Przechwytywana przez Kowalskiego i Jankowskiego wracała jak bumerang na pole karne gości, a tam było bez przerwy gorąco. Jakkolwiek Kowalski, Walczak. Jańczyk i Suski wychodzili ze skóry, nie umieli powstrzymać szybkich, ruchliwych umiejętnie zmieniających pozycje napastników gospodarzy. Wilczek, Musiałek, Pohl, Lentner a nierzadko i obydwaj pomocnicy Górnika co chwilę wypracowywali sobie pozycje strzałowe, dając Ligockiemu stałe zatrudnienie. Niedługo też czekała widownia na pierwszą bramkę. W 7 minucie Lentner uciekł z piłka aż pod sama chorągiewkę, stamtąd ostro dośrodkował i Wilczek mimo asysty dwóch obrońców i Ligockiego posłał piłkę do siatki. Bezpośrednio potem Górnik miał okazję, w której sztuką było nie zdobyć drugiego gola. Po ostrej bombie Lentnera Ligocki nie zdołał się podnieść na śliskiej nawierzchni, podczas gdy piłka dostała się pod nogi Czoka, stojącego w odległości siedmiu metrów od pustej bramki łodzian. Prawoskrzydłowy zabrzan miał sto możliwości, by skierować ją do siatki. Nie umiał jednak tego uczynić i jego strzał poszybował nad poprzeczką.

Łodzianie odetchnęli lecz nie na długo. W osiem minut później Pohl popisał się kapitalnym prostopadłym podaniem z połowy boiska, piłka znalazła się w posiadaniu Wilczka, a ten bez chwili namysłu oddał plaski, zaskakujący strzał. Klasowy bramkarz nie miałby prawdopodobnie większego kłopotu. Niedysponowany Ligocki przepuścił go jednak pod brzuchem i piłka wtoczyła się do bramki.

W 10 minucie było już 3-0. Kowalski wykorzystując niefortunny wybieg Ligockiego wpisał się na listę strzelców, zaskakując go strzałem pod poprzeczkę daleko spoza granicy pola karnego.

...I TAKI FINISZ

Wydawało się, że zupełnie jednostronny popis gospodarzy przyniesie im sukces w granicach dwu cyfrówki. Każde natarcie górników nosiło bowiem zarodek kolejnej bramki. Zresztą Wilczek zdobył nawet czwartego gola. ale arbiter dopatrzył się ofsajdu ze strony Musiałka i nakazał wznowić grę spod bramki ŁKS-u. W tym krytycznym dla łodzian okresie trener Baran chwycił się ostatniej deski ratunku. Wycofał z gry Ligockiego, wprowadzając w jego miejsce rezerwowego Horna. pozyskanego z Concordii Knurów. Było to zbawienne w skutkach pociągnięcie. Ledwo bowiem Horn zajął swój posterunek Musiałek minął stopera ŁKS-u, Kowalskiego i nie atakowany przez nikogo znalazł się oko w oko z Hornem. Wszystkim wydawało się że ten ostatni stoi na straconej pozycji, ale wówczas Horn popisał się interwencja, do której stadion zatrząsł się od oklasków. Wyskoczył jak pantera z bramki, rzucił się odważnie pod nogi rozpędzonego kierownika ataku Górnika i zażegnał niebezpieczeństwo. Łodzianie uratowali się w ten sposób od dalszej straty, a ryzykancka nakrywka Horna dodała im otuchy w walce, w której do tej pory nie mieli nic do powiedzenia. W ciągu jednej sekundy odzyskali wiarę w swoje możliwości.

Odtąd Górnik napotykał na coraz bardziej skuteczny opór. Co więcej gra bardzo często przenosiła się na pole karne gospodarzy. W czasie jednej z gorących sytuacji Kostka wypuścił piłkę pod nogi Wieteskiego i Kowalski bronił strzał łodzianina rekami. Sędzia podyktował oczywiście rzut karny. Jego egzekutorem był Walczak, huknął on z całej siły i piłka wróciła momentalnie w pole, toteż kiedy ponownie skierował ją do siatki publiczność i część zawodników Górnika zaczęła protestować przeciwko uznaniu bramki sugerując sędziemu że Walczak trafił w słupek i nie miał prawa do dobitki. Okazało się jednak, że wylądowała ona na słupku po błyskawicznej interwencji Kostki i arbiter postanowił słusznie, nakazując wznowienie gry od środka.

Po zmianie stron oglądaliśmy jak gdyby nie te same jedenastki. Górnik, wyczerpany nieustannym natarciem na początku meczu jak gdyby stanął w miejscu. Jego piłkarze spóźniali się do podań, niedokładnie adresowali piłkę, przegrywali większość pojedynków biegowych. Łodzianie dla odmiany byli z każdą minutą lepsi, a kiedy Kowalec strzelając obok wybiegającego z bramki Kostki zdobył druga bramkę, nad mistrzem Polski zawisło poważne niebezpieczeństwo. Został on zepchnięty do głębokiej defensywy i niewiele brakowało, by stracił trzecią bramkę. W jednym wypadku Kowalec spudłował z pięciu metrów, a w drugim w identycznych okolicznościach strzelił w stojącego na linii bramkowej Florenskiego. Dopiero w końcówce szczęście uśmiechnęło się ponownie do gospodarzy. Po strzale Szołtysika. Suski podobnie jak przedtem Kowalski zażegnał niebezpieczeństwo rękami, a podyktowany za to przewinienie rzut karny Pohl zamienił na czwartą bramkę.

Stanisław Wojtek, Sport nr 33 z dnia 19.03.1962.

Osobiste
Przestrzenie nazw

Warianty
Działania
Nawigacja
Dla edytorów
Narzędzia
Lubię to