20.07.1957 - ŁKS Łódź - Górnik Zabrze 2:1

Z WikiGórnik
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
20 lipca 1957 (sobota), godzina 18:00
Puchar Polski 1957, finał
ŁKS Łódź 2:1 (1:0) Górnik Zabrze Łódź, stadion ŁKS-u
Sędzia: Edward Ignaszewski (Kraków)
Widzów: ok. 20 000
HerbLKSLodz.gif Herb.gif
Baran 21 g
Kowalec 66
1:0
2:0
2:1


Pol 70
(1-3-2-5)
Henryk Szczurzyński
Józef Walczak
Stanisław Wlazły
Henryk Szczepański
Wiesław Jańczyk
Robert Grzywocz
Leszek Jezierski
Stanisław Baran
Henryk Szymborski
Władysław Soporek
Kazimierz Kowalec
SKŁADY
Józef Machnik
Antoni Franosz
Stefan Florenski
Henryk Czech
Ginter Gawlik
Marian Olejnik
Henryk Szalecki
Ernest Pol
Edward Jankowski
Edmund Kowal
Roman Lentner
Trener: Władysław Król Trener: Zoltán Opata

Relacja

Przegląd Sportowy

Żenująco niski poziom w walce o najwyższe trofeum

Puchar Polski to trofeum zaszczytne i wielkie, w dosłownym słowa znaczeniu, nic dziwnego, że kapitan łódzkiej jedenastki Soporek, musiał się porządnie wysilić, aby donieść Puchar do szatni. O ile jednak wysiłek Soporka był usprawiedliwiony znacznym ciężarem Pucharu, to poziom finałowego spotkania bynajmniej nie uzasadniał wędrówki tego cennego trofeum do łódzkiej szatni. Aby nie było nieporozumień dodamy, że w przypadku zdobycia Pucharu przez zabrzan - napisalibyśmy absolutnie to samo - mecz ŁKS - Górnik Zabrze tylko z nazwy przypominał spotkanie o tytuł najlepszej drużyny Polski.

Ataki - pożal się Boże

Poziom walki na murawie łódzkiego stadionu był żenująco słaby. Aż wierzyć się nie chce, że w szeregach obu jedenastek, a zwłaszcza w drużynie gości, aż roi się od piłkarskich gwiazd, od nazwisk reprezentantów. Te gorzkie słowa dotyczą szczególnie linii ofensywnych obu zespołów. Odliczając nawet jakiś procent na konto dużej stawki tego spotkania, co wniosło pewną nerwowość do zagrań obu drużyn i uwzględniając trudne warunki gry, spowodowane przez deszcz i mokre boisko - to przecież i tak zostanie nam jeszcze duży rachunek, który zapisać można tylko w rubryce nieudolności.

Nie wytrzymuje również próby twierdzenie, o wakacyjnym odpoczynku, o letniej przerwie w rozgrywkach. Taką samą przerwę w rozgrywkach mają przecież i obrońcy i pomocnicy obu drużyn, a do nich nie mamy jednak pretensji, gdyż wywiązali się ze swego zadania. Ale ataki - pożal się Boże... Dawno już nie widziałem meczu o tak minimalnej ilości przemyślanych , doprowadzonych do końca i uwieńczonych celnym strzałem akcji, meczu o tak nikłej ilości celnych strzałów w ogóle.

Początkowo, może przez pierwszy kwadrans, wydawało się, że zabrzanie wezmą na drużynie Barana udany rewanż za wiosenną klęskę w Zabrzu, ale po kwadransie niezłej gry goście spuścili z tonu, obrońcy łódzcy otrząsnęli się i piłka zaczęła wędrować w środkowych rejonach boiska, rzadko tylko docierając do strefy pola karnego którejś ze stron.

Obrazu tego nie zmieniły nawet uzyskane bramki, z których żadna nie została zdobyta w wyniku przeprowadzonych z głębi pola akcji ataku. Łodzianie uzyskali pierwszy punkt bezpośrednio po okresie początkowej przewagi górników. Do kornera bitego przez Jezierskiego z lewej flanki wyskoczyli Kowalec i Baran, Machnik, wyskakując przeciw Kowalcowi - nie mógł obronić piłki, bitej głową przez Barana.

I aż do przerwy, poza tym momentem, trudno było zaobserwować jakiś ciekawszy okres gry. Coraz lepiej grająca obrona łodzian, a szczególnie Grzywocz - likwidowała dość szybko zalążki akcji zaczepnych górników, budowane przez Jankowskiego, Pohla i próbującego solowych przebojów Szaleckiego, a wspierane przez Gawlika. Z drugiej strony poczynania piątki ataku łódzkiego były jeszcze bardziej anemiczne - powolność Barana, bierność Szymborskiego i skłonność do niekończących się dryblingów Soporka nie dawały szans prowadzenia wobec twardo wkraczających i szybkich obrońców gości.

W dodatku deszcz...

Po pauzie niewiele się w tym obrazie gry zmieniło. Na próżno szły wysiłki Jańczyka i Grzywocza, dążących do rozwijania akcji zaczepnych. Szymborski i Soporek tracili piłkę bardzo łatwo, ataki górników wprawdzie nieco groźniejsze niż łodzian - też nie przynosiły efektu, tym bardziej, że Lentner dobrze został zaszachowany przez Walczyka, Kowal snuł się niewidoczny na środku boiska - a pozostała trójka nie potrafiła znaleźć ze sobą wspólnego języka.

W dodatku deszcz rozpadał się na dobre, mokre boisko sprzyjało upadkom, a widownia, zdenerwowana niepogodą, nieciekawym widowiskiem i na domiar wszystkiego decyzjami arbitra, który stylem sędziowania dostroił się do poziomu spotkania - poczęła demonstrować swoje nastroje w sposób niezbyt sportowy.

W tej sytuacji druga bramka, którą zdobył Kowalec, dobijając kiks Gawlika - tylko na chwilę wniosła ożywienie do gry. Górnicy, zdopingowani utratą drugiego punktu - ruszyli do kontrnatarcia, a łodzianie - mając zwycięstwo niemal pewne, spoczęli na laurach. Efektem tego już w dwie minuty później była bramka, zdobyta przez Pohla. Nie zmieniła ona jednak sytuacji na boisku i o reszcie meczu pisać nie warto.

Widownia próbowała zaintonować Sto lat, bo Puchar Polski - jest pierwszym tego rodzaju wielkim sukcesem jedenastki ŁKS - ale spontanicznej radości nie zauważyliśmy. Górnicy pierwsi złożyli łodzianom gratulacje...

Wydaje się, że i sami triumfatorzy nie byli z siebie zadowoleni. Baran miał minę wesołą, ale do rozmowy nie był nastrojony. Zdecydowanie niepocieszony był natomiast trener zabrzan - Opata. - Atak przegrał mecz, zagrali fatalnie. Niech pan napisze koniecznie, że to wina słabej gry naszych napastników. ŁKS był dziś do pokonania. Gdyby moi napastnicy zagrali choć tak na 50 proc., to powinni strzelić 4-5 bramek. Ale przy takiej grze... - Machnięciem ręki skwitował trener Opata dalszy ciąg swej wypowiedzi.

Artur Borowicz, Przegląd Sportowy nr 110-111, 23 lipca 1957 r.

Linki zewnętrzne

Osobiste
Przestrzenie nazw

Warianty
Działania
Nawigacja
Dla edytorów
Narzędzia
Lubię to